Buty
Próbując ustanowić paralelizm między życiem moim a jakimś przedmiotem, który uświadomiłby Czytelnikowi nieodwołalnie nędzę tegoż, potknęlam się o but mój.
BUT!!!But mój, rosyjski, wojskowy, dość wiernie świadczy o przypadkowości dem-egzystencji. Posłuchajcie zatem skarg (na but życia mego)
Został mi on wciśnięty- wiedziałam, że obuwie zakupione ma zostać, natomiast jego fason został mi niemalże narzucony przez sprytnego Sprzedawcę. Nic to- znajdowałam się w stanie w którym samodzielne decyzje cieżko przychodzą. Ale nie to najgorsze- prawdziwą zmorą jest współpraca but- demencja. Demencja buta nie rozpieszcza, chodzi w nim beztrosko, nie kłopocząc się zbytnio powierzczhownym wrażeniem (tak tak, but razi niechlujstwem, ale gdyby tylko o to chodziło, możnaby zaryzykowac i obdarzyć go sympatią...).
But jednak mści się. Okazał się byc o dwa numery za duży, więc obciera, przyciera, maltretuje zniekształca. But zdeformował całą moją psychike, jako i stopy. Nic nie pomaga znieczulenie skarpetek- cierpie przez sam fakt noszenia buta.
I śmieszki się wzbijają, gdy krocze pokracznie w tych butach, bo ani zwiewnie i antylopio nie moge się poruszać, ani marszowego kroku narzucić. Człapię z wolna ciagnąc swoje brzemię.
I sznurówki się rwą.
Nie myslcie że nie próbowałam zmienić stanu mego zyciowego kapcia. Ha Ha! Właśnie mam za soba zryw reformatorski. Razem z O. postanowiliśmy- odmienim nasze buty,zwłaszcza zaś mój. Problem w tym, że jak zmiana to tylko- na najlepsze, najbardziej wykwintne i eleganckie. W związku że w sklepach nie sprzedają żyć idealnyc, namęczyliśmy się zdrowo, znajdując jeden model zaledwie- a i on nie przekonał mniecałkowicie. Znany motyw, prawda? Nie chce sięwymieniac własnej obuwniczej beznadziei na złudne miraże na obcasach. Zali kłamię? Lęk przed NOWYM to zdaje się nasz wspólny problem.
Pozostałam w swoich butacvh. Pozostałam w swoim sosie. I nie wiem, co je może odmienić. I bardzom zmaltretowana i cierpię, ale zmienić- nie zmieniam. Czym głupia jak but?