Badz wierny, idz. Ide przeciez.
Zaprawdę, ten kto w pielgrzymiej kondycji stanie u grobu Św. Jakuba w Rok Święty, odpustu zupełnego dostąpi, jeśli przyjmie Najświętszy Sakrament w dwa tygodnie od celu osiągnięcia, w samej katedrze, lubo też w świątyni swej miejscowej.
Rok 2004 to właśnie Rok Święty- ale wielką byłoby przesadą przypuszczać, żem już w niebiesich progach. Szłam szłam szłam.Dzielnie nogami przebierałam, zachecając je do wysiłku. Ktoś chciał żeby to było 1000 km. Niewiele zbrakło- nie wysiłkiem fizycznym jednak osiąga sięzbawienie. Nie ma tak łatwo.
Pozwalam sobie pominąć charakterystykę historyczno- geograficzną Camino de Santiago. Za to przygotowania są niezmiernie interesujące, jako że ich właściwie nie było. Krótko więc o nich:
- nie zaopatrzyłam się w stosowne mapy ani przewodniki, zakupiony via Internet przewodnik traktował już o późniejszych odcinkach trasy, którą planowałam przebyć.
- nie dokonałam wysiłku przeliczenia kosztów- jasne, jeśli sponsoring idzie z góry, nie warto zaprzątać sobie głowy czymś tak ponuro przyziemnym. Natomiast dokonałam wysiłku i umówiłam się z Rybą ( jego imię jest tak piękne że nie pasuje do tej obmierzłej postaci), że będzie wysyłał mi jedzenie na poste restante, cobym nie głodowała (nieuświadomionych informuję, że ze względu na deformacje genetyczne- wybacz, Anno, tak ładniej brzmi- nie mogę wielu produktów spożywać. W zasadzie znamienitej większości). Oczywiście na z góry ustaloną trasę.
- nie martwiłam się o to, co stanie się, gdy już dojdę- ktoś przecież musi się pielgrzymem zająć, myślałam sobie.
- nie zastanowiłam się, co wziąć ze sobą, aby plecak lekki był a przydatny. Konsekwencje tego były najcięższe… Miałam za to książkę, której nawet nie przeczytałam, eleganckie spodnie, trzy pary drapiących skarpet, piżamę. Pozbywaniu się tych wszystkich marności nad marnościami poświęcam sporo uwagi.
Na szczęście postanowiłam jednak wziąć towarzystwo. Współpodróżni zostali wybrani bardzo arbitralnie, poznałam ich na pół miesiąca przed wyjazdem. Jednym z nich została Iskra, najbardziej ruchliwe i męskie dziewczę naszej szkole, o której wcześniej słyszałam niepochlebne opinie, a których nie przytoczę, przez wzgląd na to, kim się okazała. Dodatkowo dokooptowani zostali: Adam, młody Indiana Jones, hobby- tłumaczenie Różewicza na łacinę i archeologia bałtycka; Gajos, postępowa zastępowa, chichocząca bez przerwy chichotem spazmatycznym. Kiedy okazało się że właściwie ani ja, ani Iskra ich nie znamy, zadomowili się w naszych planach już na dobre. Nic to.
Plan podróży był w zamierzeniu następujący (kolejne działy pamiętniczka uwidocznią jak było NAPRAWDĘ):
Ja i Iskra, hiszpańskojęzyczne obie, rozpoczynamy wędrówkę 24 lipca z Bilbao. Około 12tego sierpnia jesteśmy za Oviedo, gdzie dołączają do nas Adam i Gajos, żadne z nich hiszpańskojęzyczne, którzy 11tego dojadą do Madrytu autokarem, a stamtąd nocnym do stolicy Asturii. Przybycie do Santiago, 24 sierpnia. Adam i Gajos wsiadają w autobus do Madrytu i koniec przygody, ja zaś z moją współtowarzyszką… No, na pewno jakoś sobie poradzimy. Pójdziemy dalej, w inną stronę, albo cuś. Znajomych wszak w okolicy mamy.
Taką mniej więcej mieliśmy wizję…

Poniższe linki odnoszą się do kolejnych rozdziałów tej podróży. Poki co, powieść w odcinkach.
Pozwalam sobie pominąć charakterystykę historyczno- geograficzną Camino de Santiago. Za to przygotowania są niezmiernie interesujące, jako że ich właściwie nie było. Krótko więc o nich:
- nie zaopatrzyłam się w stosowne mapy ani przewodniki, zakupiony via Internet przewodnik traktował już o późniejszych odcinkach trasy, którą planowałam przebyć.
- nie dokonałam wysiłku przeliczenia kosztów- jasne, jeśli sponsoring idzie z góry, nie warto zaprzątać sobie głowy czymś tak ponuro przyziemnym. Natomiast dokonałam wysiłku i umówiłam się z Rybą ( jego imię jest tak piękne że nie pasuje do tej obmierzłej postaci), że będzie wysyłał mi jedzenie na poste restante, cobym nie głodowała (nieuświadomionych informuję, że ze względu na deformacje genetyczne- wybacz, Anno, tak ładniej brzmi- nie mogę wielu produktów spożywać. W zasadzie znamienitej większości). Oczywiście na z góry ustaloną trasę.
- nie martwiłam się o to, co stanie się, gdy już dojdę- ktoś przecież musi się pielgrzymem zająć, myślałam sobie.
- nie zastanowiłam się, co wziąć ze sobą, aby plecak lekki był a przydatny. Konsekwencje tego były najcięższe… Miałam za to książkę, której nawet nie przeczytałam, eleganckie spodnie, trzy pary drapiących skarpet, piżamę. Pozbywaniu się tych wszystkich marności nad marnościami poświęcam sporo uwagi.
Na szczęście postanowiłam jednak wziąć towarzystwo. Współpodróżni zostali wybrani bardzo arbitralnie, poznałam ich na pół miesiąca przed wyjazdem. Jednym z nich została Iskra, najbardziej ruchliwe i męskie dziewczę naszej szkole, o której wcześniej słyszałam niepochlebne opinie, a których nie przytoczę, przez wzgląd na to, kim się okazała. Dodatkowo dokooptowani zostali: Adam, młody Indiana Jones, hobby- tłumaczenie Różewicza na łacinę i archeologia bałtycka; Gajos, postępowa zastępowa, chichocząca bez przerwy chichotem spazmatycznym. Kiedy okazało się że właściwie ani ja, ani Iskra ich nie znamy, zadomowili się w naszych planach już na dobre. Nic to.
Plan podróży był w zamierzeniu następujący (kolejne działy pamiętniczka uwidocznią jak było NAPRAWDĘ):
Ja i Iskra, hiszpańskojęzyczne obie, rozpoczynamy wędrówkę 24 lipca z Bilbao. Około 12tego sierpnia jesteśmy za Oviedo, gdzie dołączają do nas Adam i Gajos, żadne z nich hiszpańskojęzyczne, którzy 11tego dojadą do Madrytu autokarem, a stamtąd nocnym do stolicy Asturii. Przybycie do Santiago, 24 sierpnia. Adam i Gajos wsiadają w autobus do Madrytu i koniec przygody, ja zaś z moją współtowarzyszką… No, na pewno jakoś sobie poradzimy. Pójdziemy dalej, w inną stronę, albo cuś. Znajomych wszak w okolicy mamy.
Taką mniej więcej mieliśmy wizję…

Poniższe linki odnoszą się do kolejnych rozdziałów tej podróży. Poki co, powieść w odcinkach.